O 1 Maja - Z UPOREM Jan Herman /godnym tej właśnie sprawy/
Jestem już trochę znany jako ten, który naiwnie, bez poszanowania realiów, rok-rocznie w okolicach 1 Maja apeluje do polskiej lewicy o to, aby była razem, aby wzniosła się ponad doczesne racje i zawiesiła na kołku codzienne swary.
Cóż, może z czasem krytycy zrozumieją, że naiwność w moim wieku jest już mało prawdopodobna, za to mylona jest z czystością intencji i z dalekosiężnością oczekiwań popartą równie długim doświadczeniem.
Chcę trwać przy poglądzie, że wszelkie ambicjonalne i programowe, a nawet ideowe różnice w niektórych "namaszczonych" chwilach powinny mimo wszystko zostać zresetowane, jeśli tylko mamy do czynienia z lewicowymi krewniakami. Nie, to nie jest kapitulanctwo i brak pryncypialności, tylko wdrożenie w życie tej racji, która dopuszcza, iż to nie wyłącznie mój pogląd i nie moja postawa są najwłaściwszymi, najbardziej prawdziwymi, najbardziej lewicowymi. Daję w ten sposób "szansę" każdemu, kto jest z lewicy, chce być z lewicy, mówią o nim, że jest z lewicy, "robi" na lewicy.
Tym razem postanowiłem „podejść” lewicowego czytelnika. Zaserwuję mu pakiet powodów, dla których on sam – zdaje się – jest i pozostaje na lewicy, choć może go tam nie potrzebują albo on sam napotyka coraz większą liczbę nie-„swoich”. Jest to pakiet rozpakowany, żadnego kota w worku. Zacznę od historii, która – mam wrażenie – umyka w patynę.
HISTORIA LEWICY
Lewica została wykreowana – jako cywilizacyjny wcześniak (nosiciel postępu zrodzony pośród monarchiczno-biskupich chaszczy) - w wyniku podstępu, zresztą, najprawdopodobniej nie do końca zamierzonego. Nominalnym miejscem jej zalęgnięcia w społecznej rzeczywistości i w kulturze była Francja: tam w każdym razie definiowano lewicowość od Wielkiej Rewolucji Francuskiej (1789-99), poprzez Rewolucję Lipcową (1830) i Rewolucję Lutową (1848) aż po Komunę Paryską (1871).
Badacze i apologeci nijak nie chcą zauważyć, że animatorami ruchów rewolucyjnych zawsze byli w rzeczywistości gardzący ludem francuscy nuworysze, którzy nie mogli przeboleć, że – choć sponsorują „urodzonych” z tytułami szlacheckimi i finansują monarszy skarbiec – są postrzegani przez elity (dwór) i przez prawo jako „niepełnowartościowi”, dopuszczani co prawda są do kuluarów, ale nie na główną scenę. W ich żywotnym interesie leżało zatem przejęcie kontroli nad nawą publiczno-państwową oraz zdominowanie wpływu na opinię publiczną i na mechanizmy gospodarcze (był to czas klarowania się pierwszych „abstrakcyjnych”, nie-potocznych koncepcji gospodarczych).
Byli jednak marną siłą polityczną, niezdolną do samodzielnego przeciwstawienia się monarchii (a właściwie bezwładnemu ciągowi iteracji państwa konserwatywnego). Ich przeciwnikiem był dwór i „nomenklatura urodzonych”, zatem poszukali sojuszników w dwóch warstwach: wielkiej liczbie pozbawionych sukcesu ale zasmakowanych już w komercji (dziś powiedzielibyśmy – lumpenbiznes) oraz w jeszcze większej liczbie plebsu, motłochu, który szemrał z powodu swego ogólnie kiepskiego statusu materialnego i społecznego, niemal oczekując na sygnał do chuliganki, na wskazanie winowajcy-ciemiężyciela.
Lumpenbiznes ów został kupiony prawicowym zawołaniem WOLNOŚĆ (bogacenia się), motłoch został porwany lewicowym hasłem RÓWNOŚĆ (dość czapkowania), a dla siebie owa pra-burżuazja zachowała konserwatywne sztandary BRATERSTWA (z najlepiej urodzonymi). Po każdym zrywie rewolucyjnym pra-burżuazja starała się „pozamiatać” scenę publiczną po swojemu, czyli zawładnąć „salonem” i poszerzyć swobody biznesowe (z ewidentnymi elementami „spółek nomenklaturowych”). Swoich rewolucyjnych pomocników jak najszybciej zaś odesłać, gdzie ich miejsce, czyli do roboty i służby.
I wychodziło jej to coraz lepiej, a historycy mimo to twierdzą, że lud roboczy, biedota, maluczcy – radykalnie i coraz bardziej poprawiali swoją sytuację. Otóż nie poprawiali, tyle że – wyrwani z konserwatywnych, biskupio-magnackich okowów i wpasowywani w nowe, pra-kapitalistyczne reguły gry – nie pojmowali ani oni, ani ich rzecznicy, że oto właśnie następuje powrotna reprodukcja ich statusu podrzędnego, podłego, eksploatowani są teraz inaczej (zatem ciekawiej), choć nie mniej.
Nie był to sukces, choć była rewolucja.
Nie ichnia rewolucja, tylko rozgrywka między bywalcami salonów skupionymi na dworskich i magnackich intrygach - a ludźmi interesu, konkretnymi w działaniu i oczekiwaniu, żądnymi poważania na równi ze swoimi "cichymi" dłużnikami. Grającymi o stawkę najwyższą: państwo i wynikające stąd prerogatywy, czyli "niczyje" źródła dochodów "nomenklaturowych". Skądś to znamy.
Jedynym skutkiem „ubocznym” stanowiącym rzeczywisty rewolucyjny koszt burżuazji i zarazem przychód ludu jest fakt wkomponowania na stałe w świadomość zbiorową pojęć lewicowych i przekonania, że nie są one zupełną abstrakcją.
Minie jeszcze odtąd (po Komunie Paryskiej) co najmniej sto lat, aby ludzkość przekonała się, że zadeklarowanie jakiejś rzeczywistości nie oznacza jej magicznego „stania się”, że lewicowość to następstwo procesów gospodarczych, kulturowych, mentalnych, cywilizacyjnych, a nie tylko politycznego zawołania. I minie kolejne kilkadziesiąt, aby ta konstatacja o niemożności trybu przyspieszonego została „na żywo”, cieleśnie doświadczona.
Dziś lewicy więcej jest w literaturze koncepcyjnej, politycznej, ideowej – niż w rzeczywistości materialnej, w świadomości, w duchu i w mentalności. Toteż nierzadko potworne pomyłki czynią ludziom wodę z mózgu: humanizm właściwy dla konserwatyzmu, instytucje socjalne, atrapy spółdzielczo-samorządowe i rado-pracownicze, a przede wszystkim legalizację skrajnej roszczeniowości wobec sił wytypowanych jako ciemiężyciele – w większości gotowi jesteśmy uznać za zdobycze lewicy. Jakże łatwo tu o zwykłą, gospodarczo-społeczną nieefektywność, a w ślad za nią o bankructwo ekonomiczne i moralne, o przemoc i ucisk ze strony „swoich” przedstawicieli, reprezentantów, przywódców, i to instytucjonalny, a nie jakiś przypadkowo-patologiczny!
TRADYCJA
Do lewicowej tradycji należy niewątpliwie „ulica”: dokądkolwiek sięgnąć lewicową pamięcią, ludzie lewicy raz na jakiś czas obejmują we władanie miejsca publiczne (najczęściej te najbardziej publiczne w poszczególnych miejscowościach) i tam dają wyraz swoim emocjom, troskom, ogłaszają żądania i programy, deklarują jedność i tożsamość, propagują to co „oddolne” i „sprawiedliwe”.
W tym sensie „ulica” (popularne miejsca publiczne) jest od zarania „adresem” lewicy, a jeśli tylko – wynająwszy pomieszczenia biurowe – lewica „wyprowadza” się z „ulicy” – najczęściej po jakimś czasie popada w biurokratyczną mitręgę, w wygodnictwo i tumiwisizm, a nawet – dla biurokratycznych interesów podmiotowych – gotowa jest przeciwstawić się temu, co symbolizuje „ulica”, na koniec zaś czyni wbrew samemu proletariatowi.
Do lewicowej tradycji należy też strajk: oznacza on chwilowe odstąpienie proletariatu od umowy z pracodawcami, którą postrzega ów proletariat jako skrajnie niekorzystną dla świata pracy w ogóle i dla konkretnych pracowników. Idea strajku wychodzi z dwóch założeń (domniemań?): po pierwsze, warunki pracy i wynagrodzenie powinny sprzyjać „reprodukcji” siły roboczej (zdolności do wykonywania pracy), czyli mają zaspokoić potrzeby organizmu i osobowości oraz dać możliwość rozwoju, po drugie, świat pracy jest swoistym współwłaścicielem procesów wytwarzania dóbr, zatem powinien mieć udział w definiowaniu wartości i możliwości, w ich podziale między uczestników procesu wytwarzania. Strajk jest zabiegiem przypominającym owe stosunki i manifestującym ich obecność w proletariackiej świadomości.
Wymieńmy jeszcze ten element tradycji lewicowej, który rozpościera się pomiędzy dwie kategorie: konserwatywny „wiec” i lewicową „radę”. Nazwijmy to najogólniej kolektywnym zarządzaniem strategicznym. Obie instytucje (wiec i rada), kiedy występują odrębnie, stają naprzeciw siebie, bowiem wiec ma wiele cech ruchawki i opozycyjności, a rada często tożsama jest z egzekutywą, wyalienowanym zarządem. Kiedy występują łącznie – stają się esencją lewicowości w kierowaniu nawą publiczną, grającymi tam interesami i obecnymi tam procesami obiektywnymi.
Rady są obecnie stałym elementem lewicowego pejzażu ideowego i politycznego, do którego zawsze i w każdych okolicznościach odwołuje się lewica jak do oczywistości.
DOROBEK
Najpoważniejszym dorobkiem lewicy – w powszechnym przekonaniu – jest instytucja związku zawodowego, czyli swoistego iunctim ruchu-organizacji i pakietu programowo-roszczeniowego: organizacja bez tego szczególnego pakietu nie jest związkiem zawodowym, nie jest nim też ów pakiet pozbawiony organizacji. Pomiędzy dwoma elementami konstytuującymi związek zawodowy rodzą się rozmaite relacje, popychające to „duo” albo w kierunku flibustierskiego skrajnego roszczenia, albo w przeciwną stronę – partykularyzmu naznaczonego nieproletariacką „sztamą” przywódców (struktur) z pracodawcami. Związek zawodowy jest dziś – w przeważającej treści – społecznym przełożeniem „ulicy” i „strajku” na państwo pracodawców, materializując to przełożenie poprzez kreowanie służebnej i zarazem awangardowej Partii proletariackiej.
Właśnie Partia proletariacka jest kolejnym elementem dorobku lewicy. W jakimś „tajemnym” i „cudownym” zarazem założeniu partia proletariacka postrzegana jest jako tygiel najlepszych proletariuszy-związkowców, obdarzony najwyższym zaufaniem mas proletariackich. Jednak jej publiczno-polityczna rola, przede wszystkim związana z dążeniem do legalizacji oraz z uczestnictwem w grze o władzę państwową, stawia przed partią najwyższe z możliwych wymagania etyczno-moralne oraz te związane z demokratyzacją życia organizacyjnego (takich wymagań nie stawia się związkowi zawodowemu). Cóż, można powiedzieć, że prawie żadna z partii deklarujących się jako proletariackie (robotnicze, socjalistyczne, komunistyczne, socjaldemokratyczne, ludowe, pracownicze) nie sprostała tym właśnie wymaganiom, przez co często swoją pozycję „czołówki pochodu proletariackiego” zachowują one metodami formalnymi, niekiedy nawet siłowymi.
Elementem dorobku lewicy jest niewątpliwie cała sfera socjalna, związana ze skróceniem dnia pracy, prawem do urlopów i zasiłków oraz całą gamą świadczeń. Co prawda, szyderstwem z tego dorobku są takie „premiowe” elementy dochodu pracowniczego, jak deputaty i talony oraz podobne nadzwyczajne tantiemy sztucznie różnicujące grupy pracownicze i rozwarstwiające proletariat – ale idea uczłowieczenia samej pracy oraz wynikającego z niej dochodu utrwaliła się i jest obecnie przedmiotem obrony, a nie programowym marzeniem.
Mimo powyższego – najbardziej spektakularnym dorobkiem lewicy jest Wielka Socjalistyczna Rewolucja Październikowa. Doświadczenia francuskie, niemieckie i inne nie dały takiego efektu jak zryw petersbursko-leningradzki, w postaci siedemdziesięciu lat budownictwa socjalistycznego na obszarze 1/3 zamieszkanej powierzchni globu, umacniania Kraju Rad, politycznej ekspansji obozu demo-ludów, a przede wszystkim uzmysłowienia przez tzw. masy proletariackie, że możliwy jest kraj pozostający we władaniu ludu, choćby tylko nominalnie, nawet uwzględniwszy tego kraju i jego naśladowców długą listę porażek ideowych, politycznych, moralnych.
Należę do tych, którzy powątpiewają w proletariacki (a właściwie w socjalistyczny) charakter Rewolucji, dokonywanej w rzeczywistości – z poduszczenia marzycielskiej i/lub cynicznej inteligencji - przez konserwatywną w postawach i ideach biedotę miejską oraz takichż chłopów i chłopskich żołnierzy. Nie zmienia to jednak mojego poglądu, że jej skutki propagandowe, kulturowe, świadomościowe – są absolutnie pożądane historycznie, a w sferze materialnej po raz pierwszy w historii na masową skalę zniesiono tę najbardziej dokuczliwą, bo niesprawiedliwą nędzę (choć niedostatki w zarządzaniu i obiektywne okoliczności doprowadziły do bankructwa Związku Radzieckiego).
/nieodparte jest wrażenie, że Rewolucja Radziecka była równie wcześniacka jak zrywy francuskie wspominane powyżej. Jeśli zastanowić się nad polityczną chytrością zamysłu dekretów "O Pokoju" i "O Ziemi" - to oczywista jest konstatacja, że pierwszy z nich wyzwalał chłopskie wojsko spod dyscypliny szynela (służba - bywało - trwała 10 i nawet 25 lat), a drugi z nich uwłaszczał bezrolnych chłopów. Zatem efekt był taki, że wielkomiejskie inteligenckie partie pro-robotnicze poparte przez świadome swojego statusu elity robotnicze mogły dokonać przewrotu i obronić go przed całym światem wyłącznie w taki sposób, który w ich sprawę (nie w konserwatywno-chłopską przecież) angażował zniewolone przez ziemian masy rozproszone "po wsiej Rassiji". Prawdziwe masy, bo tych robociarskich nie było aż tyle, żeby zmieść carat (boski carat) z politycznej powierzchni ziemi/
ADRESAT
Wbrew początkowej – u zarania - oczywistości, dziś nie jest pewne, kto jest właściwym, a może najważniejszym adresatem lewicowej kreatywności, kto jest jej „podmiotem lirycznym”, jaka jest tzw. baza społeczna lewicy.
Początkowo siłą społeczną legitymizującą lewicę był proletariat rozumiany jako zbiorowość (rój) pracowników najemnych zgromadzonych „w” lub „wokół” obozów pracy zwanych eufemistycznie manufakturami czy fabrykami. Byli to ludzie najczęściej o dramatycznie niskich kwalifikacjach zawodowych, byli odwrotnością terminatorów i czeladników rzemieślniczych tak pod względem znajomości istoty profesji i sensu procesu pracy, jak też pod względem dojrzałości etosu zawodowego. Stanowili niezbędny „żywy” (czytaj: prawidłowo, oczekiwanie reagujący na nie-automatyczne sytuacje) element procesu wytwórczego, zwanego produkcyjnym, wykonywali czynności proste, siermiężne i brudne pod każdym względem, za głodową pensję, nierzadko w warunkach skoszarowania faktycznego (w budynku fabrycznym) lub organizacyjnego (w bieda-osiedlu robotniczym). Pozbawieni (pozbawiani) byli niemal wszelkich atrybutów podmiotowości, środowiskowości, ludzkiej godności.
Rozszerzone pojęcie proletariatu rozciąga się na biedotę, wszystkich drastycznie wyzyskiwanych oraz rugowanych poza obszar zatrudnienia, bezpowrotnie wtrącanych w otchłań beznadziei ekonomicznej i socjalnej.
Z czasem ów rój przeistoczył się w klasę robotniczą, wkomponowaną w pracowniczą kulturowość, zróżnicowaną zawodowo i etosowo, mającą własną świadomość („w sobie” i następnie „dla siebie”): jako taki rój ten stał się rzeczywistym partnerem, a właściwie oponentem pracodawców-kapitalistów, którzy w międzyczasie też uświadomili sobie własną rolę w gospodarce, państwie i społeczeństwie oraz – lepiej niż klasa robotnicza – zrozumieli odpowiednio rolę owej klasy.
Zawijasy historyczno-kulturowo-polityczne spowodowały, że lewicowość jako fenomen stała się własnością najlepiej wykwalifikowanych lub najbardziej znaczących dla gospodarki elit robotniczych-pracowniczych, a następnie związków zawodowych i partii definiujących się jako proletariackie. Została wyrwana rzeczywistemu proletariatowi, który wcale nie zaginął i nie wymarł, bywa marginalizowany i potem odradza się jako biedota. Rzecz jasna, „ucywilizowana” w ten sposób lewicowość jest dramatycznie inna niż ta „czysta”, pierwotnie proletariacka. Więcej w niej wyrachowania, taktyki, nabudowanych teorii, doświadczenia politycznego, wyłączeń i „pod warunkiem”. Mniej spontaniczności, oddolności, w jakiś sposób też mniej w niej proletariackiej uczciwości, choć częsta jest tu uczciwość opowiedzenia się po stronie „mrówek” przeciw „mrówkojadom” (I. Jaruga-Nowacka).
W konkretnej sytuacji Polski przełomu dwóch tysiącleci lewicowość jako opcja ideowo-polityczna jest – poza weteranami ruchu - adresowana do wrażliwej humanistycznie inteligencji i równie spontanicznej duchowo, podatnej na „ulepianie” młodzieży, te zaś (młodzież i inteligencja) – o ile podejmują wyzwanie – powielają tę swoja przenicowaną sub-kulturalnie lewicowość ku grupom wykluczonych lub zagrożonych wykluczeniem. Jeśli „stopniować” wykluczenie w taki sposób: utrata możliwości samorozwoju (skrajnie niski dochód), utrata zatrudnienia (dochody co najwyżej „szare”), utrata mieszkania (praktycznie rozkład rodziny) oraz utrata rozpoznawalności społecznej (brak środowiska wsparcia wzajemnego, obojętność społeczna) – to polska dzisiejsza lewica bardzo interesuje się pierwszym i trzecim „poziomem” wykluczenia, zaś bezdomnych i outsiderów pozostawia samym sobie. Przeważnie, podkreślmy. Są bowiem humanitarne wyjątki, odwołujące się jednak do konserwatywnej idei wsparcia nieodpłatnego i bezzwrotnego (jałmużna).
Podkreślić wypada, że lewica w Polsce dziś – pośród rozmaitych podziałów – najbardziej eksponuje podział na lewicę „koncesjonowaną”, wielkopartyjną, zbiurokratyzowaną – oraz na tę flibustierską, spontaniczną, odwołującą się do ideowych prapoczątków i pierwszych doświadczeń ruchu lewicowego (strajk, ulica). Mimo wielokrotnych prób działania wspólnego – nie ma tu zgody, wobec braku wspólnego myślenia, wobec różnorodnej tożsamości (pierwsi kontynuują „racje” PRL, ich młodzi najczęściej adwersarze przywołują ideowe podstawy początków ruchu lewicowego sprzed wielu pokoleń).
IDEE
Można doszukiwać się dwóch warstw ideologicznych higroskopijnych na polską inteligencję oraz młodzież, a także na środowiska wykluczane: pierwsza warstwa obejmuje korzenne idee ponadczasowe, druga zaś tu-teraz idee aktualne.
Idee korzenne obejmują kanon: praca podstawowym źródłem dochodu (żadnego rentierstwa i kapitału), sprawiedliwość podziału wobec wytwarzania (bierzesz z puli dobrobytu proporcjonalnie do swojego wkładu) oraz permanentną odnawialność szans (żadna porażka lub sukces nie może trwale pozycjonować). Odwołują się do wyznacznika postępu cywilizacyjnego: naczelnej pra-idei zniesienia podziałów klasowych oraz do dorobku i tradycji lewicy. Idee pra-korzenne praktykowane są w oparciu o związki zawodowe i partie z dojrzałą strukturą, poważnie traktujące koncepcję „pasa transmisyjnego” i wzorce centralizmu demokratycznego. Gotowe są do historycznych kompromisów dla celów politycznych.
Natomiast idee tu-teraz obejmują modne, współczesne, aktualne, „trendy” kierunki cywilizacyjne: ekologia, poszanowanie poglądów i postaw mniejszości, feminizm, pacyfizm, wolontaryzm socjalny, antyklerykalizm. Odwołują się do pokładów ludzkiego humanizmu i wrażliwości na biedę. Są pryncypialne i obstają przy nieprzejednaniu wobec koniunkturalnych szans na układy polityczne. Ich słabością jest to, że – będąc modnymi – łatwe są zarówno do przejęcia przez konserwatyzm, a nawet prawicę, ale też łatwe są do wyszydzenia z powodu ich „wrodzonej” egzaltacji.
Generalnie można powiedzieć, że im bardziej lewica zanurzała się zwycięsko w praktykę zarządczą, parlamentarną, ustawodawczą – tym bardziej żenująca stawała się jej lewicowość. Ostatecznie w zapomnienie idą, bledną przynajmniej idee korzenne, wypierane ze społecznego dyskursu przez idee tu-teraz, niezbyt pierwszorzędne, za to seksowne, atrakcyjne dla młodzieży (choć kompletnie ignorowane przez proletariat, co odbija się na sile oddziaływania lewicy flibustierskiej, „dysponenta” idei tu-teraz).
EKONOMIA
Podstawy ekonomii o zacięciu lewicowym – poza utopistami nie wiedzieć czemu hołubionymi za swoje literackie projekty – dali światu kompletnie dziś nie „uprawiani” Francois Quesnay (1694- 1774) w „Tablicy Ekonomicznej” oraz Pierre le Pesant Boisquilbert (1645-1714) wprowadzając do obiegu rozważania o równowadze w różnorodności. Z Quesnay’a (twórcy szkoły fizjokratycznej) czerpał garściami, choć sekretnie, Karol Marks, a z Boisquilbert’a – Leontieff, radziecki emigrant, twórca tablicy przepływów międzygałęziowych (tzw. macierz Leontieffa). U obu autorów znajdujemy rozważania natury „klasowej” i zarazem optymalizacyjnej. Jest to do dziś kanon ekonomii lewicowej: sprawiedliwość i zbilansowanie (zrównoważenie). Warto zbadać, jak to się stało, że ostatecznie ekonomia dała się zwieść techniczno-statystycznym szkołom wywodzącym się od modelowo-formalnych paradygmatów podanych przez Adama Smith’a i Davida Ricardo.
Lewicowa ekonomia – jeśli czytać autorów podręczników i noblistów – stawia przede wszystkim na planowanie, czyli ograniczenie przypadkowości zdarzeń gospodarczych i przepływu strumieni dochodowych, motywując to intencją ochrony osób i grup źle radzących sobie w otwartej grze wszystkich ze wszystkimi o wszystko. Planowanie jednak planowaniu nierówne, zdarzają się zatem plany benedyktyńsko szczegółowe co do grosza i co do grama oraz co do centymetra, ale też zdarzają się plany „stymulacyjne”, ekonometryczne, logistyczne, w tym sensie technokratyczne (autor niniejszego technokratyzm postrzega jako nurt prawicowy na lewo od liberalizmu).
Druga ważną cecha ekonomii lewicowej jest zamiłowanie do wielkiego udziału redystrybucji w dochodach, gdziekolwiek powstają: w zasadzie lewicowy ekonomista dąży to tego, żeby wszelkie aspekty ruchu gospodarczego, również aspekty motywacyjne, były kontrolowane przez Centrum, które jest z założenia lepiej zorientowane w rozkładzie potrzeb społecznych, w perspektywicznych interesach gospodarczych oraz we wzajemnych relacjach różnych obszarów i form gospodarowania. Centralny Dystrybutor „odpuszcza” tylko te dziedziny, których nie ogarnia technikami sprawozdawczymi i obliczeniowymi. Nie zawsze odpuszcza.
Lewicowa gospodarka uczulona jest też na punkcie plantowania rozpiętości w dochodach. Generalnie zwycięża tu opcja wyrównywania poziomów dochodów, towarzysząca poglądowi, że im kto wyżej w hierarchii, tym bardziej służebna jego rola wobec procesów społecznego wytwarzania. Otóż ta opcja jest równoważona przez „rynkowe” regulacje uzależniające dochód od premii, dodatków, przywilejów i podobnych „korekt” dochodów indywidualnych opartych na taryfikatorach kadrowo-zatrudnieniowych.
Ostatnim ze sztandarowych aspektów ekonomii lewicowej jest budżet socjalny w takim rozumieniu, że w rubryce „spożycie” budżetów państwowych, „samorządowych” i zakładowych poczesne miejsce zajmują wydatki wspierające grupy najuboższe i/lub grupy postrzegane jako politycznie najważniejsze, zaś w rubryce „akumulacja” ważne miejsce zajmują obiekty i rozwiązania przeznaczone na rzecz zbiorowości, mające charakter publiczny, powszechny, ogólnodostępny. W skrajnych przypadkach nawet inwestycje „przemysłowe” mogą nosić znamiona banku etatów niwelujących spodziewane bezrobocie, a nie przedsięwzięć obliczonych na komercyjny zysk. Budżet tak rozumiany w praktyce jest sumą rozmaitych funduszy (socjalny, inwestycyjny, kulturalno-oświatowy, pożyczkowy, mieszkaniowy, rozwojowy, naukowo-edukacyjny, itd.).
W Polsce meta-ekonomię „barwioną” lewicowo uprawiali Michał Kalecki, Oskar Lange i Bronisław Minc (każdy z nich inaczej, choć wszyscy związani z SGPiS). Może też inni. O filozofach ekonomii celowo nie wspominam.
KULTURA
Podstawowym elementem lewicowej kulturowości – w tym artyzmu, obyczajowości i poprawności politycznej – jest kult człowieka uciemiężonego i klasy uciskanej wyzyskiem. Ów człowiek i owa klasa są bohaterami – otwarcie lub w oczywistym domyśle – wszelkiej twórczości, wszelkich uchwał i dysput, a przede wszystkim stanowią swoisty, paradygmatyczny materiał w argumentacji podczas dysput. Taki kult doprowadził już do kilku absurdów kulturowych: pierwszym z nich jest socrealizm, który był sposobem spolaryzowania wszelkich objawów twórczości (artystycznej, publicystycznej, gospodarczej, nawet naukowej) podpartym domyślną najwyższą wartością w postaci Idei Słusznej lub Osoby z Ludu, przebierana w upierzenie w postaci Kolektywu, Partii, Przywódcy, itp. Drugim z nich jest kult postępu, oczywiście definiowanego przez Partię, przez nią wymuszanego i przez nią kontrolowanego. A postęp ów oznaczał w praktyce nic innego, jak skrupulatne wypełnianie zaleceń Kierownictwa w rozmaitych sprawach, choćby one właśnie z postępem rzeczywistym nie miały nic wspólnego. Trzecim absurdem jest kult siermiężności, celowe eliminowanie podtekstów i subtelności (i przede wszystkim wątpliwości oraz wolnomyślicielstwa) z dzieł artystycznych i wszelkich kreacji inteligenckich, kończące się niekiedy stawianiem na twórców „słusznego kroju”, choć pozbawionych nawet podstaw profesjonalizmu w swojej dziedzinie.
Najbardziej szczególnym elementem lewicowej kultury jest paradoksnadprzeciętności: niemal każdy poważny kontakt z lewicową programowością kończy się wrażeniem, że lewica pragnie, aby wszyscy byli ponadprzeciętni co do statusu i osiągali więcej-niż-średnie dochody. Powtórzmy: lewica – chcący czy niechcący – wmawia swojemu elektoratowi, że zasługuje on w całości na takie życie, jakie widzi u swoich eksploatatorów, u ciemiężców-wyzyskiwaczy. Tymczasem (przepraszam inteligentnych za to co nastąpi teraz) w uwielbianym przez lewicę świecie materialistycznym powszechna nadprzeciętność jest niemożliwa, nielogiczna, a nawet zgubna, jeśli staje się dążeniem politycznym. Bowiem na jednego nadprzeciętnego zawsze przypaść musi choćby jeden podprzeciętny. Siła statystyki! Co z tego, skoro ten kulturowy kanon nadprzeciętności przylgnął do związków zawodowych całego świata, te zaś rujnują dobrą opinię lewicy roszcząc sobie (dla świata pracy) upowszechnienie nadprzeciętności?
Ów wspomniany wcześniej kult człowieka uciemiężonego i klasy uciskanej wyzyskiem jest nadal cechą charakterystyczną, wyróżnikiem lewicy flibustierskiej, postrzegającej się jako prawdziwa, w przeciwieństwie do lewicy koncesjonowanej, przekupnej, chwiejnej ideowo, chciwej politycznie. Tyle że dziś uciśnieni są przedmiotem specjalnie „zmodyfikowanej” pogardy, lewica dowolnego kroju odnosi się do swojego „podmiotu lirycznego” z pouczającą wyższością i niemal hrabiowskim zatroskaniem, co jest jednym z licznych dowodów na to, że w swej istocie sięga ona do ideowych i praktycznych formuł konserwatyzmu.
Zauważmy co następuje. Prawicowiec, kiedy widzi nędzarza, to go poszturchuje słowami o tym, że pewnie się nie uczył, nie starał, nie był asertywny, jest pechowcem czy nieudacznikiem, na koniec usuwa go z pola widzenia, najlepiej cudzymi rękami. Konserwatysta widząc maluczkiego jest gotów nieść mu braterską pomoc, byle tylko uznawał on opatrznościowy porządek świata, zadany „z góry”, wymagający ofiary z siebie Bogu. Lewicowiec zaś kieruje się ideą sprawiedliwości społecznej, z której jasno wynika, iż nędzarzy-maluczkich nie powinno być na świecie. Ten prosty wyznacznik kulturowości lewicowej jest ostatnio w głębokim odwrocie.
Lewica związkowo-zawodowa i parlamentarno-aparatowa, ale też flibustiersko-spontaniczna ostatecznie – zadziwiająco wspólnie i niemal z rozmysłem – odnajdują swoje racje bytu wyłącznie jako przeciwnicy nie-lewicy, a nie jako kreatorzy nowych społecznych jakości. Można powiedzieć, że w ich doraźnym interesie jest istnienie kapitalizmu i wyzysku, w najbardziej brutalnych i nieludzkich postaciach i przejawach, bo tylko wtedy lewica żyjąca z „anty” i „alter” może utrzymać swoją aktywność. W tym sensie maszeruje zawsze „krok za”, a zatem jest – mimo pozorów – bezprogramowa, miałka.
Być może frustracje na tym tle są powodem wzajemnych – nierzadko widowiskowych – utarczek, właśnie z okazji 1-majowych i podobnych.
POLITYKA
Lewicowa polityka – uwzględniając założenia i cele strategiczne oraz doświadczenia historyczne, rozpostarta jest pomiędzy ogniskowy opór przeciwsystemowy (antykapitalistyczny) czy zupełnie konserwatywne, stanowcze roszczenia - a władcze kierowanie nawą publiczną wsparte biurokratycznym aparatem. W ocenie autora niniejszego tekstu wszystkie te doświadczenia wypadają nie najlepiej, nie wystawiają lewicy ocen celujących.
W charakterze oponenta-kontestatora lewica zawsze jawi się jako „hamulcowy” gospodarki, jako „radykał” kulturowy oraz jako „destruktor” społeczny. Można znajdować argumenty nie tylko legitymizujące takie postępowanie, taką swoistą „funkcję” lewicy w warunkach szczególnej zmowy sił antypracowniczych, antyproletariackich, ale też wskazujących na tę rolę jako „konieczną” w heglowskim sensie, czyli nieuchronną i zarazem historycznie usprawiedliwioną, bo skutkującą najlepszym z możliwych „pozycjonowaniem” lewicy i jej społecznych beneficjentów.
W charakterze diametralnie różnym, czyli uczestnika władzy, szczególnie zresztą wtedy, kiedy te władzę lewica dzierży na wyłączność – jawi się ona jako kapitalista państwowy, bardzo szybko uruchamiając nomenklaturę oraz lojalistyczno-serwilistyczny „sposób produkcji”, czyli w ostateczności przydział „pajd” gospodarczych, społecznych i kulturowych wedle koteryjnej oceny „zwrotu” w postaci petryfikacji „układu” dystrybucji wpływu, władzy. Ta – okropna przecież – maniera polityczna nie jest obca żadnej opcji ideowo-politycznej, a że pokrywa ona rzeczywiste rozwiązania pro-społeczne (patrz: budżet w części „ekonomia” powyżej), można uznać, że jest złem koniecznym popełnianym w dobrej sprawie.
Pośrednie (między powyższymi) formuły polityczne lewicy są – można powiedzieć – dużo większym świństwem wyrządzanym lewicy. Kiedy lewica znajduje się pomiędzy obiema skrajnymi pozycjami opisanymi powyżej – gubi się zarówno co do tożsamości, jak też co do dyscypliny ideowej i co do zwartości programowej, o czym będzie poniżej. Eklektyzm (właściwie galimatias) w swych najbardziej niewłaściwych moralnie postaciach przeżera lewicę i czyni ją łatwym celem dla szyderców i eksterminatorów.
PROGRAM
Swój codzienny wizerunek lewica – jak każda formacja ideowo-polityczna – kreuje manifestując programy. Niekiedy ą to programy ogłaszane nielegalnymi plakatami i ulotkami oraz wykrzyczane w tubę – ale bywają opasłe tomy i dekrety rangi najwyższej.
Wspólną cechą licznych programów lewicy jest jej – coraz bardziej enigmatyczny – adresat. Kiedy podczas licznych spotkań dyskusyjnych i organizacyjnych przyglądam się próbom doprecyzowania, slalomem pomiędzy pojęciami „klasa robotnicza”, „pracobiorcy”, „wykluczeni”, „ubodzy”, „wyzyskiwani”, „doznający niesprawiedliwości” – to ogarnia śmiech pusty.
Poza tym – niewiele treściwego. Nieustająca papierowa walka o godne życie, o nowe pchnięcie gospodarcze, o wzrost społecznej świadomości, o prawa pracownicze i socjalne. Papierowa, bo od lat tuż powojennych do dnia dzisiejszego mamy w tych sprawach w miarę równomierne (!!!) wycofywanie się ze światowych zdobyczy. Nominalnie zdobywamy wiele, ale w powszechnym odbiorze tzw. masy tracą, tracą, tracą…
Programowo też lewica skupia się na demokracji, rozumianej jako poszanowanie dla wszelkiej różnorodności poglądów i postaw, pod warunkiem że są one zgodne z jedynie słuszną linią Partii lub jakiegoś ośrodka uważającego się akurat za pępek. O, zgrozo, ten sposób oddziaływania na świadomość jest praktykowany również dziś, w dobie szalejących pluralizmów!
Najmniej demokracji jest podczas wybierania (obierania?) przywódców: widziałem co najmniej kilkadziesiąt poważnych głosowań i procedur wyłaniania, o żadnej nie umiem powiedzieć, że była demokratyczna w takim sensie, że głosujący znali od podszewki ludzi wybieranych, kontrolowali (ogarniali) ich projekcje oraz byli w stanie skutecznie rozliczyć za dotychczasową działalność. Raczej przywódcy rozgrywali te sprawy poza rzeczywistą kontrolą „publiczności”.
POSTACIE
Pośród postaci utożsamianych z polską lewicą powojenną wymieńmy stronniczo tylko niektóre prominentne, żeby nie powiedzieć „medialne” (kolejność alfabetyczna): Paweł Bożyk, Sławomir Broniarz, Włodzimierz Cimoszewicz, Józef Cyrankiewicz, Edward Gierek, Władysław Gomułka, Piotr Ikonowicz, Wojciech Jaruzelski, Jacek Kuroń, Aleksander Kwaśniewski, Jan Józef Lipski, Aleksander Małachowski, Leszek Miller, Alfred Miodowicz, Karol Modzelewski, Jan Mulak, Wojciech Olejniczak, Józef Oleksy, Józef Pinior, Mieczysław Rakowski, Jerzy Urban, Lech Wałęsa, Bogusław Ziętek. Może Czytelnik lepiej zrozumie kryteria tego doboru, jeśli podpowiem, że nie ma tu Bolesława Bieruta. Każda z tych osób powinna być jednak postrzegana jako niezaprzeczalny reprezentant powojennej polskiej lewicy, przywódca ludu akceptowany przez masy albo lider liczącej się struktury politycznej.
Uzupełnieniem tej listy powinni być twórcy lewicowych koncepcji, mający wielki wpływ na lewicową wyobraźnię zbiorową, w jakimś sensie ideolodzy polskiej lewicy, wychowawcy młodzieży, animatorzy niezliczonych inicjatyw, niekoniecznie jako tacy postrzegani: (alfabetycznie) Ryszard Bugaj (założyciel partii i ruchów), Kazimierz Doktór (eksperymentator i uczony), Leszek Gilejko (badania kondycji ruchu robotniczego), Mariusz Gulczyński (poszukiwacz racji wyższych), Wiesław Gumuła (koncepcje meta-ekonomiczne), Bohdan Kaczmarek (znawca klasyki), Mirosław Karwat („Szpotański” lewicowej nauki o polityce), Henryk Kliszko (Kolegium Otryckie), Tadeusz Kowalik (odwieczny doradca), Mieczysław Krajewski (niezmordowany ekspert), Jacek Kuroń (Teremiski, Walterowcy), Wojciech Lamentowicz (bojownik wypchnięty z szeregów), Andrzej Malanowski (złośliwy komentator), Wacław Mejbaum (filozof), Bronisław Minc (ekonomista), Leszek Nowak (poszukiwacz nowej racjonalności), Janusz Reykowski (szczery do bólu), Sławomir Sierakowski (trybun czy animator?), Jacek Tittenbrun (niedoceniony socjolog) Jerzy Wiatr (budowniczy ideologii), Jacek Wódz (doceniony socjolog), Przemysław Wójcik (opozycjonista „od środka”). Lista jest tendencyjna, autorska. Nie mam nic przeciwko temu, by ją rozbudowywano bez mojego udziału.
Na żadnej z powyższych „list” nie ma kobiet: to nie musi być błąd, lista nie jest w założeniu „poprawna politycznie”. Prawdopodobnie nie ma na niej też ekologów, homoseksualistów, kombatantów wojennych, itd.
SYMBOLIKA
Do najbardziej typowej, uznanej symboliki lewicowej (odróżniającej ją od konserwatyzmu czy prawicy), należą takie znaki i hasła, jak: czerwień, pięść zaciśnięta, gwiazda pięcioramienna, sierp i młot, kłos, kask hutniczo-górniczy, oskard, pług, podwinięte rękawy flanelowej koszuli, drelich, 1 maja, 7 Listopada, flaga, transparent, słowo „towarzysz” i mówienie na „wy”, 22 Lipca, Manifest, Che, Lenin i jemu współcześni, Fidel, ostatnio Chavez. Oraz – oczywiście – nieśmiertelny afrodyzjak, czyli „rewolucja”.
Symbolika ta narasta powoli, nowych jej elementów przybywa ociężale, a z niektórych polska lewica wycofała się chyba trwale (towarzysz, „wy”).
INTELIGENCJA
Wielką słabością polskiej lewicy jest jej inteligencja. W tak zwanych normalnych warunkach inteligencja jest nosicielem etosu, sternikiem nawy publicznej, patronem i mecenasem, nauczycielem, wielkim zbiorowym społecznikiem, ustawicznie dyżurnym pielęgniarzem zabłąkanych dusz i błądzących rozsądków, bezinteresownym i pozostającym do usług. Warunkiem pełnienia takiej roli jest – to chyba oczywiste – wielce ponadprzeciętna erudycja oraz – jakże to tchnie myszką – nienaganna postawa moralna.
Wystarczy – Czytelniku – że jeszcze raz przeczytasz uważnie powyższe zdania, aby zrozumieć, dlaczego nie mam ochoty kontynuować tego wątku.
RUCH
Lewica – jako fenomen wciąż czekający na właściwą datę swoich narodzin (patrz powyżej: uwagi o wcześniactwie lewicy) – nie ma możliwości spełnienia się, jeśli pozbawiona będzie atrybutów RUCHU, czyli powszechnie rozpoznawalnego rozproszonego wielo-zarzewia, które karmi się autentycznymi ideami i konieczną do naprawy niedoskonałością świata, ale wymaga menedżerskiej, skrupulatnej sieci wzajemnego pobudzania, niczym harcerskie „szóstki powiadamiania” (pamiętacie z dzieciństwa – każdy młody druh miał krótką listę adresów, które monitował w przypadku alertu).
Lewicowy ruch nie wyszedł poza doświadczenia konspiry (dawno zresztą już zapomniane, pokryte doświadczeniem Kraju rad czy PRL), za to nabawił się niemal dziedzicznego schorzenia wyrażanego krótkim: „nie, z nim za żadne skarby”. Nie da się budować żadnej siatki powiadamiania, alertu, rozpowszechniania myśli i choćby ogłoszeń, jeśli najlepiej nam wychodzą internetowe utarczki. Jeśli zamykamy się w swoich skorupach para-organizacyjnych, najbardziej kanapowych z możliwych, albo najbardziej dusznych biurokratycznie, jak to tylko da się wyobrazić.
Każdy ruch ma to do siebie, że reaguje na jedno, dwa, trzy zawołania, nawet z najgłębszego uśpienia podrywa się w gotowości, niczym zombie, a „swoich” czy „obcych” rozpoznaje po reakcji na takie właśnie zawołania. Dziś – konia z rzędem temu, kto podpowie, jakież to zawołanie podnosi do czynu całą lewicę, a choćby jej znaczącą część.
PORAŻKI
Lewicy największą porażką jest fenomen znany pod imieniem socjalizm realny, będący w swej istocie socjalizmem domniemanym (opublikowałem tę myśl w roku 1984-tym). Kilkupokoleniowa przygoda świata z lewicową praktyką przyniosła ciekawe artystycznie i intelektualnie, ale zupełnie nieciekawe politycznie próby doganiania teorią tego co się dzieje w realu, a że działo się wstecznie, niesmacznie i nie najlepiej – teoria pobiegła w chaszcze. Nieudaność rozwiązań praktycznych polegała na tym właśnie, że właściciele rewolucji i nominalni właściciele nawy publicznej, czyli lud i masy, dozna(wa)li ewidentnego wyzysku od „swoich” przywódców, od swojego państwa, aparatu, kierownictwa.
A kiedy lud raz-po-raz upominał się o swoje i rugał władzę socjalistyczną za jej niewłaściwości – ta na koniec uciekła z czoła pochodu, rozproszyła się czy to na prawicy, czy to pośród konserwatystów, stała się pobożna albo cyniczna. Lud pozostał bez swoich liderów – i tak już trwa do dziś.
I oto mamy czas dojrzewania procesu globalizacji do stadium rzeczywistego, świat ulega ostatecznemu rozdaniu między nie więcej niż 7-10 Potential World Economic Center. Gdzież podział się lewicowy internacjonalizm? Ukradziono go lewicy!
I oto mamy czas kreowania największych, globalnych funduszy pomocowych (rolnictwo, człowiek, edukacja, głód, ochrona zdrowia, walka z patologiami, opieka nad ofiarami ciemiężycielskich reżimów), wypełniających zalecenia lewicowego projektu humanitaryzmu i planowania, wyrównywania różnic. Gdzież jest lewicowa wrażliwość? Ukradziono ją!
Lewicy pozostały szanse na kolejne, niewielkie, niejako uzupełniające porażki. Kalekie baszty lewicowości: partie, armie, służby, młodzieżówki, biurokracja-aparat, sądy i wymiary sprawiedliwości, samorządy, spółdzielnie (sprowadzone do mieszkalnictwa, rolnictwa i inwalidów), rady pracownicze jako własne parodie, kolektywy podstawowe (POP), współzawodnictwo, czyny i subotniki, związki zawodowe, agitacje, broszury. Nic z tych rzeczy nie odniosło skutku, każda z tych rzeczy dość skutecznie zniechęca do lewicy.
SOJUSZNICY
Sojusznikiem niedocenianym przez lewicę jest konserwatyzm, szczególnie ten misyjno-wolontariacko-humanistyczny (np. WOŚP, PAH, MONAR, itd.). Lewica zbyt przejęta jest swoim manifestacyjnym antyklerykalizmem, żeby dostrzec tego pozakościelnego sojusznika i pokonać „barierę sutanny” dla spraw dużo ważniejszych i bardziej uwierających społecznie. Nie wskazuje zresztą lewica głębszego uzasadnienia różnic: otóż działalność charytatywna powinna tak oddziaływać, aby nie powielać wzorców jałmużnianych, aby realnie i trwale wyprowadzać z nędzy i wykluczenia, i z dziedziczności biedy. O ile konserwatyści wspierają maluczkich ucząc przy tym, że ich dola jest marną z woli Opatrzności, o tyle lewica gotowa jest odstąpić od doraźnego litościwego wsparcia na rzecz ostatecznej likwidacji warstwy „maluczkich”, na rzecz ich społecznego awansu. Tę różnicę trudniej będzie „zaorać” – ale trzeba.
Sojusznikiem lewicy jest też jej „podmiot liryczny”, zwany grubiańsko elektoratem. Rzecz w tym, że jest to sojusznik oczekujący, komentujący i ewentualnie głosujący. Czeka, aż dostrzeże coś wartego uwagi, autentycznego, stworzonego dla powszechnego dobra, a nie dla polityczno-ambicjonalnej koniunktury.
WROGOWIE
Poza wrogami ezoteryczno-symbolicznymi, lewica ma najpoważniejszego wroga w klerze. Ma tego wroga nie tylko w spadku po swoim własnym antyklerykalizmie, bowiem klerowi dziś chodzi głównie o tzw. „rząd dusz”: lewica kierowana tym samym przecież głębokim humanizmem widzi dla mas drogę rozwoju i wyzwolenia poprzez przeciwstawienie Rozumu – Wierze. Tymczasem wszelki kler – zakładam jego moralno-intelektualną uczciwość – rozwój człowieczeństwa i wyzwolenie ducha widzi w oddaniu się Osoby (ludzkiej) Opatrzności i temu co uniwersalne.
Tym bardziej kler walczy z lewicą, im bardziej lewica myli się co do swojej tożsamości i popada w troskliwy, opiekuńczy konserwatyzm: wtedy kler, będąc zaczepionym na „własnym podwórku”, reaguje w sposób egzaltowany i do tego celny, bo żadna lewicowa idea nie jest poręczna, jeśli przeistaczać ją w religijny dogmat.
Wrogiem śmiertelnym lewicy jest prawica, a szczególnie jej zbrojny oręż w postaci biznesu. Ten skłonny jest postrzegać świat jako wielkie pastwisko i każdy, kto mu zaczyna owo pastwisko ochraniać „dla ludzkości” i koncesjonować, każdy kto zmusza biznes do podzielenia się paszą pochodząca z tej łąki – jest przeciwnikiem, którego zwalczać należy bez brania jeńców. Skoro zaś lewica twierdzi uparcie, że wszystko co jest – powinno być dobrem wspólnym i wszystko co wytworzone jest dziełem wspólnym – to biznes zwalcza lewicę tak samo, jak niebezpieczną chorobę rozprzestrzeniającą się drogą epidemii: woli wyrżnąć stado, zatopić statek zboża, niż przyzwyczaić lewicę do udziału w podziale dóbr.
Najprawdopodobniej najbardziej dokuczliwym wrogiem lewicy (każdej możliwej do pomyślenia w Polsce) są jej przywódcy. Są to ludzie najczęściej wspaniali. Żaden z nich jednak nie zdołał w powszechnej świadomości – nawet za czasów PRL – na trwale ugruntować pozytywnych konotacji takich słów jak Partia, Komunizm, Socjalizm, Rada, Komitet, Sekretarz – i wielu innych z podręcznika lewicowego. Można posunąć się dalej: większość z nich – zasłużenie albo i niezasłużenie – czynnie i ciężko pracowała nad tym, by ów słownik oznaczał coś zdecydowanie niesmacznego. Być może wielkie zasługi na polu obrzydzania ludziom lewicy ma konserwatyzm i prawica, ale – szczerze – czy zdołałyby komuś obrzydzić smakowitą potrawę?
Wydaje się, że wodzowie socjalizmu polskiego, mali i wielcy, znani i nieznani, zaprzątnięci byli całkiem innymi sprawami, niż rzeczywisty wzrost popularności tego nurtu pośród mas.
DIALEKTYKA
Wiele miejsca w lewicowych duszach, sumieniach, umysłach i sercach zajmuje słowo „dialektyka”, bo jest to słowo zawłaszczone przez lewicę i wpasowane jej żargon w towarzystwie takich słów jak „materializm”, „historia”, „postęp”, „rozwój”.
Dla niniejszego tekstu samo pojęcie dialektyki niewiele znaczy, ale niech poniższych zdań kilka będzie kojarzonych jako pra-podłoże, underground tego sposobu myślenia, który przywiódł mnie po raz kolejny do spraw 1-majowych.
Marks Karol – niezmordowany do dziś w trzymaniu nas na uwięzi heglowskiego pojmowania dialektyki – wpoił nam taki oto pogląd, że Stare poprzez spiralę Teza-Antyteza-Synteza musi zdechnąć, aby na jego trupie (znoszenie sprzeczności) powstało Nowe. Nic nie dzieje się ciągle, zawsze rzeczywistość rodzi swoje przeciwieństwo, to zaś ostatecznie zwycięża, aby rozpocząć cały cykl od nowa. Taka dialektyka – trochę kojarzy mi się z automatyzmem zegarka albo rafinerii – skierowuje naszą optykę ku bezustannemu „wprzód”: "trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe, a nie w zbutwiałych laurów kiść z uporem stroić głowę” (nie, to nie Marks, nie Hegel). W tym sensie nasz nieodżałowany Olek, kandydując pod zawołaniem „wybierzmy przyszłość”, odnajdowany być musi niemal jako ortodoksyjny marksista!
Inna może być dialektyka, odnajdywania nowego w dyspucie twórczej. Nie wiem czemu kojarzy mi się z nazwiskiem Fryderyka Nietsche. Generalnie mówi ona o tym, że z chaosu różnorodności wyłaniają się nowe jakości, że wartością wszystkiego cokolwiek jest – jest to właśnie, że owo wszystko jest. Współobecność w rozmaitości sama w sobie jest wartością i kreuje ową subtelność „pomiędzy” tym co współobecne. Tłumacząc to na „nasze”: człowiek jest fenomenem sam w sobie, ale to coś, co pulsuje pomiędzy dwojgiem ludzi (dwoma) albo daje się eterycznie odczuć pośród grupy czy innej społeczności – prędzej czy później dołączy do bytów oczywistych, a przedtem będzie niewidzialnie powodować tym, co już stwierdzone i obecne.
APEL
Polska ma 3 daty, wokół których może i powinna grupować się lewica. Są to: 1 Maja, 22 Lipca oraz 7 Listopada. Możliwe są inne daty, ale te wymienione są symboliczne w świadomości społecznej, jakkolwiek by nie reagowała opinia publiczna.
Te trzy daty powinny stanowić dla polskiej lewicy okazję do spojrzenia sobie w oczy, niezależnie od wzajemnych opinii na swój temat. Do policzenia się. Do pokazania swojej różnorodności innym opcjom obecnym w kraju. Do odświeżenia w pamięci twarzy, postaci, słów, symboli, do wspomnień o nieobecnych i do przerzucania się projektami.
Ale nie są. I co, powinniśmy odpuścić?
Wybaczmy drugiemu (na lewicy), że nie jest tak doskonały jak my. Zabierzmy się za swoje dusze i spróbujmy dociec, skąd temu drugiemu biorą się takie niefajności, ale też zajrzyjmy sobie w trzewia i odnajdźmy źródła swojej własnej frustracji rozładowywanej na tych INNYCH, chcących być lub nazywanych lewicowcami. Prawda, że ładnie mi wychodzi mówienie Abramowskim?
Jan Herman
/niezależny z wyboru, bezpartyjny z konieczności „forest gump” polskiej lewicy, poszukujący iunctim na pograniczu lewicowo-konserwatywnym, od ponad 30 lat inicjator ruchu poznawczego, wydawnictw, akademickiego ruchu naukowego, społecznik, autor i redaktor. Ostatnio: założyciel Busoli Społecznej, Zespołu Platonium oraz Workwatch.info/
UWAGA: tekst zawiera obszerne fragmenty broszury, która niebawem ukaże się nakładem Fundacji OMNI w serii publikowanej przy współpracy innych organizacji pozarządowych